No i dopadł także mnie, nasz wspólny wróg – cholesterol. Niby jestem jeszcze przed 30stką, niby jestem zdrowy, a tu przy badaniach okresowych – klops! „Wyrok” doktora zabrzmiał złowrogo: Wszystkie współczynniki cholesterolowe ma Pan albo za niskie, albo za wysokie, dlatego przechodzi Pan od dziś na dietę.

Nie chciałem, ale niestety… mam. Moje szybkie życie, nieprzespane noce, częste picie alkoholu nawet w małych ilościach to sprawiło. Kultowa frytura z białym + posejdon czy zapiekanka z indykiem z dużą ilością białego też. W zamian za to dostałem całą stertę ulotek, których tytuły także nie są pocieszające: Walcz z miażdżycą, Nie dopuść do zawału serca… No ogólnie rzecz biorąc – przykra rzecz, jednakże w tej mojej makulaturze można znaleźć wiele ciekawych informacji, które paradoksalnie wzajemnie się wykluczają.

Pytanie na ten niedzielny dzionek brzmi: kto pisze te ulotki i dlaczego nikt nie weryfikuje ich treści?

Żeby nie być gołosłownym zrobiłem skan ulotki, którą dostałem od doktora w gabinecie i trochę zgłupiałem jak zacząłem dokładniej analizować jej treść. Informacje w niej zawarte dotyczą produktów, którymi powinienem się żywić, a których unikać, by cieszyć się dobrym zdrowiem:

Popatrzmy na poszczególne punkty:

1. pieczywo i produkty zbożowe

Niby wszystko jest OK, ale… powinienem wcinać krakersy, natomiast nie powinienem wcinać… krakersów? WTF? Ja wszystko rozumiem, że mogą być „chudsze” krakersy, ale pytanie – gdzie ja mam je dostać? W aptece? ;)

2. mięso drób, ryby

Mogę jeść chudego hamburgera, ale zwykłego hamburgera już powinienem unikać. Czy jak pójdę do jakiegoś McSyfa, to czy tam podadzą mi chudego hamburgera? Po czym rozpoznać z jakim rodzajem mam do czynienia? Może po grubości? Nie mam zielonego pojęcia.

Zastanawia więc fakt, skąd Ci biedni ludzie z dużą zawartością cholka (tak będę w skrócie mówił na cholesterol) mają się dowiedzieć, jak stosować zawartą w tej ulotce wiedzę. I może się czepiam, ale wg mnie nikt nie czyta tych ulotek, a ich najczęstszym miejscem składowania są stoły w poczekalniach, gdzie nie ma co robić oczekując na wizytę u lekarza, najniżej położona zakurzona szuflada u Pani Doktor, czy… pobliski kosz na waciki z pobierania krwi. Papier jest prawie kredowy, więc do podcierania się nie nadają, dlatego próżno szukać ich w kabinach przy szalecie. Pomijając to wszystko – dlaczego dopuszcza się do tego, żeby takie ulotki zawierały tyle błędów? Przecież nie mogą wtedy spełniać swej funkcji, a przykładowy Kowalski, który poważnie chce zająć się swoim schorzeniem jest traktowany niepoważnie. Kto ponosi za to odpowiedzialność? Kowalski, bo nie wie, Pani Doktor, która umie pięknie pisać recepty, czy może drukarnia, bo nie przeczytała tego, co wydrukowała?

Właśnie w taki sposób z małej chmurki robi się duży deszcz. W Polsce, coraz bardziej chorującym kraju, powinno się podchodzić z najwyższą stanowczością do sektora medycznego. Tu wcale nie chodzi o brak kasy w jakimś NFZ, czy wymysły ministrów. Wystarczy, że ktoś, kto składał przysięgę Hipokratesa rzeczywiście będzie chciał leczyć, pomagać i zajmować się każdą jedną chorą komórką naszego społeczeństwa, by jej pomóc, a co za tym idzie – weryfikować także wiedzę, przygotowanie do zawodu i doświadczenie personelu medycznego. Przecież to pod jego nadzorem pisane są te wszystkie ulotki, skoro rozdawane są w gabinetach. Co prawda towarzystwo lekarzy słynie z tego, że jeden drugiego „nie wyda”, bo przecież trzeba trzymać się razem, ale… kto na tym zyskuje, a kto cierpi? Cierpią wszyscy, którzy trafią na jakiegoś konowała, tylko nie on, a to właśnie on powinien się przekwalifikować na murarza, mechanika czy innego elektryka, skoro nie potrafi leczyć i, co gorsze nie chce się do tego przyznać.

Podsumowując – wymagajmy od lekarzy i ich przeklętych ulotek, ponieważ ciężko jest wymagać od siebie pewnych rewolucyjnych zmian (dla naszego dobra), skoro Twój doktor nie wymaga od Ciebie nic poza wykupieniem leków w aptece i nakazu przeczytania sprzecznej merytorycznie „pomocy naukowej”.

Brak podobnych wpisów.